18 stycznia 2014

Rozdział 1

Gabinet doktora Chiltona mieścił się na półpiętrze Stanowego Szpitala dla Psychicznie Chorych Przestępców w Baltimore, którego ów człowiek był dyrektorem. Żeby do niego dotrzeć, Anne musiała zrozumieć budowę kondygnacji, która liczyła sobie ponad sto lat i była nieraz przebudowywana. W końcu, gdy już udało jej się znaleźć drzwi do pokoju doktora, okazało się, że wyszedł do któregoś z pacjentów, dlatego dopiero teraz mogła z nim porozmawiać.
- Panno Locklear - zaczął mówić tonem nazbyt uprzejmym jak na jej gust. - Rozumie pani na pewno, że nie mogę tego zrobić. Nie jestem w stanie.
Pochylił się i oparł łokcie na biurku. Przez chwilę bawił się spinaczami, a minę starał się zachować obojętną, choć zobaczyła jak uśmiecha się sam do siebie, jednak nie ciekawiło ją, co sobie wymyślił.
- Oczywiście, że rozumiem - odparła, starając się, by jej głos brzmiał zdecydowanie. Jeśli chciała z nim walczyć, musiała być twarda. - Ale rozumie mnie też pan. Doktor Lecter to jedyna osoba, do której mogę się udać z prośbą o pomoc.
- Pomoc? - Prychnął i spojrzał na nią drwiąco. - Czy życie jest pani aż tak niemiłe, że idzie pani na pewną śmierć? To wariat. Morderca. Wszystko, co robi, czyni z premedytacją. I na pewno nie bezinteresownie. Już czternasty miesiąc jest tu, w Baltimore. Na początku był znacznie milszy, ale z czasem... Chyba nie chce pani się dowiedzieć, co zrobił dwóm pielęgniarkom, które zabrały go na rutynowe badania? To, że pani nie zabił, kiedy była pani jego pacjentką, nie oznacza, że nie może zrobić tego teraz.
- Przecież nie może - odpowiedziała, jakby słowa Chiltona wcale nie zrobiły na niej wrażenia. Założyła na siebie sweter, by zakryć gęsią skórkę pokrywającą ramiona. - Siedzi tam, na dole, w celi perfekcyjnie zabezpieczonej. Nie może wyrządzić mi żadnej krzywdy poza słowami, których się nie boję.
- A pani jemu? Gdyby nagle, w akcie zemsty, zechciała pani mu włożyć tę spinkę, którą ma pani we włosach, do oka... Nie, żebym rozpaczał z tego powodu, ale adwokat Lectera i sam Hannibal nie byliby raczej zadowoleni.
Zacisnęła szczękę. Dyrektor kombinował, jak mógł. Jego argumenty były całkiem poważne, Anne zdawała sobie z tego sprawę, ale musiała tam wejść. Musiała zobaczyć się z Lecterem.
- Nie zależy mi na rozlewie krwi. Naprawdę nie mam do niego o nic żalu. Nigdy nie był wobec mnie zły, ceniłam sobie jego zdanie, i jego samego, jako człowieka. Potrzebuję pomocy, tak, jak kiedyś, kiedy poszłam do niego, gdy pracował jako lekarz. Przecież nadal nim jest.
- Skoro potrzebuje pani lekarza, ja także jestem psychiatrą - rozłożył dłonie w niby przyjaznym geście i Anne od razu na nie spojrzała. W oczy rzucił się jej brak pierścionka. Nie widziała nic niezwykłego w tym, że taki burak jak Frederick Chilton nie może znaleźć sobie żony, pomimo dojrzałego wieku.
- Chodziło mi raczej o psychoanalityka. Konkretnego.
- Niech pani z nim koresponduje. Nie odebraliśmy mu prawa do listów.
       Atakował z każdej strony.
- Mieszkam w Nevadzie. Na otrzymanie listu czekałabym miesiąc, nieprawdaż? Niech pan doceni to, że przyjechałam tutaj z tak daleka, proszę. Niech mi pan pozwoli chociaż na jedną rozmowę. Jedną, krótką, prywatną rozmowę. Dlaczego zależy panu tak bardzo na tym, by mi się nie udało?
- Ależ, Anno...
- Anne - poprawiła go szybko, choć on zdawał się tego niedosłyszeć.
-...nie chodzi mi o ciebie, drogie dziecko, lecz o Hannibala. Sądzę, że gość, w dodatku tak piękny i uroczy, sprawiłby mu radość. Możliwość konsultacji z pacjentem - jeszcze bardziej. Szczęście na jego morderczym pysku to ostatnie, co pragnąłbym ujrzeć. Nie bierz tego do siebie, panno Locklear, po prostu nie jestem jego przyjacielem, by iść mu na rękę.
- A czy nie może zrobić tego pan dla mnie?
Nie odpowiedział już. Znowu sięgnął ręką do spinaczy rozłożonych na biurku, więc Anne tylko westchnęła, wzięła swoją torebkę i odeszła bez pożegnania.
- Niech będzie - czuła jego spojrzenie na swoich plecach. - Niech pani przyjdzie jutro, o tej porze. Ale nie robię tego dla pani, ani tym bardziej dla Lectera, a dla dobra nauki.


Stawiła się dokładnie o tej porze, jak kazał. Tym razem nie miała problemu z odszukaniem odpowiedniej sali. Dwóch czarnoskórych pielęgniarzy w białych kitlach obsłużyło ją - zabrali torebkę, sprawdzili, czy nie ma niczego w ukryciu, tak na wszelki wypadek, gdyby jednak jej intencje nie były dobre, a także pozbawili wsuwek powpinanych we włosy.
Frederick Chilton nie raczył się zjawić.
- Lecter nie wie, że będzie miał gościa - oznajmił starszy z pielęgniarzy, pyzaty i wysoki. Miał łagodne spojrzenie w przeciwieństwie do swojego kolegi. - Staraliśmy zachować to przed nim w sekrecie.
- Dlaczego?
- Jest trudnym pacjentem. Ciężko go rozszyfrować... jego tok myślenia, podejmowania decyzji. Doktor Chilton stara się położyć kres zagadce dotyczącej osoby Lectera. Nie możemy dopasować do niego żadnej choroby. Kiedy myślimy o nim jak o człowieku psychicznym, stwierdzamy, że jest zwykłym przestępcą, ale wtedy zdajemy sobie sprawę, że nie zachowuje się jak ktoś zrównoważony. Doktor Chilton nie byłby zadowolony, gdyby się dowiedział, że mówię o tym wszystkim pani, i może się to wydawać niekompetentne, ale ponoć go pani znała...
- Tak - przyznała, wyłączając swój telefon i chowając go do torebki. - Zawsze był osobliwym człowiekiem.
- Dokładnie - mężczyzna uśmiechnął się i wręczył drugiemu pielęgniarzowi jej rzeczy, które ten schował do dużej, pancernej szafy. Wskazał na komputery na biurku. - To są wszystkie obrazy z kamer. Tu jest korytarz, a tu właśnie jego cela. Będę cały czas panią obserwował, więc niech się pani nie martwi. Proszę nie podchodzić zbyt blisko. Metr odległości to minimum, czy to jasne? Nie brać od niego żadnych rzeczy, jeśli już, niech je podaje tylko i wyłącznie przez wózek. I, na Boga, niech zrobi mi pani tę przyjemność, i wróci tu w całości.
- Nie mam innego zamiaru - odwzajemniła jego szczery uśmiech. - Pójdę sama, jeśli mogę.
- Szczerze mówiąc nie powinna pani, ale jestem pełen wiary w to, że będzie dobrze.
Podziękowała i poszła wzdłuż zimnego korytarza, niosąc ze sobą drewniane krzesło. Wszystkie cele znajdowały się po prawej* stronie, w większości były puste. Ostatnia po prawej - to tam znajdował się Lecter.
Gdy już znalazła się na miejscu, nie spoglądała na niego. Najpierw rozłożyła krzesło, zastanawiając się, ile może mieć ono lat, i starała się znosić ból, jaki wywoływały gwoździe wbijające się w uda.
Dopiero po chwili uniosła wzrok. Kraty, kamienne ściany i mały wózeczek na nitce, który psuł ogólne wrażenie. Przypomniała sobie, że to nie więzienie, a szpital psychiatryczny. A może więzienie w szpitalu?
Lecter stał na samym końcu swojego małego azylu, ubrany w granatowy, flanelowy strój pacjenta, pod spodem miał nieskazitelnie białą koszulkę, a na stopach tenisówki z miękkimi podeszwami. Nawet, jeśli zdziwił się jej obecnością, nie dawał po sobie tego poznać.
Powietrze śmierdziało wilgocią i jakimiś środkami do dezynfekcji. Pociągnęła nosem.
- Anne, słodka Anne - zaintonował Lecter, nie poruszając jednak twarzą. Chciał zachować minę obojętną. Tak, by nie mogła odczytać z jego mimiki żadnych uczuć, a to oznaczało, że czuł w tym momencie bardzo wiele. Zastanawiała się, czy on zdaje sobie sprawę z tego, że ona to podejrzewa, i czy Lecter jest z tego powodu zadowolony, czy zażenowany. W końcu uczyła się od niego. - Wiedziałem, że przyjdziesz, wiedziałem, że się tu pojawisz, to była tylko kwestia czasu. Zapewne dzisiejsza data na długo utkwi ci w pamięci.
Pamiętał ją doskonale. Leczył ją kiedyś, kiedy była nastolatką, gdy doszła do wniosku, że jej życie nie ma sensu. Zakodował sobie w pamięci wszystkie szczegóły dotyczące niej i innych pacjentów i w każdej chwili mógł powiedzieć coś, co by ją dotknęło, zraniło, lub po prostu pokazało, że nie jest mu obca.
Tym razem Lecter pochwalił się wiedzą, że Anne zawsze zapamiętuje daty. Bez wyjątku.
Ręce trochę się jej spociły, ale nie bała się. Po prostu zbyt dużo myślała.
- Gdyby dobrze poszło, widziałabym się z panem już wczoraj - odparła. - Napotkałam jednak pewną przeszkodę.
- Jak mniemam, ową przeszkodą jest doktor Chilton.
- Widzę, że nie tylko mi wydał się ciężkim człowiekiem.
Zrobił krok do przodu. I jeszcze jeden. Teraz światło z korytarza padło na jego twarz, która na przestrzeni roku wcale się nie zmieniła. Miał te same, jasne, przerzedzone włosy, gładko przyczesane do głowy, duże, okrągłe i lśniące oczy oraz zmarszczki, które jednak nie dodawały mu zbędnych lat. W zasadzie nie wiedziała ile wiosen Lecter w swoim życiu miał zdolność zobaczyć. Sześćdziesiąt? A może siedemdziesiąt? Nieważne ile lat sobie liczył, jasność jego umysłu nadal biła swym blaskiem z niewyobrażalną mocą.
- Nie martw się. Nie tylko tobie zawadzał. Niektórzy rodzą się tylko po to, by utrudniać życia innym, drudzy zaś po to, by być ich ofiarami. Do których należysz ty, słodka Anne?
- A do których powinnam należeć według pana, doktorze?
- Twoje pierwsze pytanie - stwierdził, przechylając głowę. Zmierzył ją wzrokiem i zatrzymał się na ramionach i szyi. - Zadane po czterech minutach. Szybko, Annaline. Przechodzisz do sedna sprawy. O co chcesz mnie zapytać?
- To nie ja, tylko pan. Nie chcesz owijać w bawełnę, doktorze. Wolisz od razu wiedzieć, czy przyszłam tu jako pański wróg, czy przyjaciel.
- Czy to ja nauczyłem cię tego wszystkiego? - Zapytał, uśmiechając się delikatnie. - Już nie studiujesz - stwierdził.
- Nie - potwierdziła. - Skąd pan wiedział?
- Przychodzisz tu i mówisz mi, że czas, który ci poświęciłem, ucząc cię do egzaminów, był czasem zmarnowanym. A przecież mógłbym wtedy poderżnąć ci gardło. Wyciąć serce. I je zjeść. Czemu zrezygnowałaś ze świetlanej przyszłości psychiatry? Czyżbym cię wystraszył? Ja i doktor Chilton? Czy myślisz sobie teraz, że każdy psycholog musi być... zły? A może cię wyrzucili za niesubordynację? Lub któryś z tych lubieżnych wykładowców położył swoje lepkie dłonie na twoich pięknych kolanach?
- Skąd pan wiedział, że rzuciłam studia?
- Dziękuję. To już jakaś odpowiedź. Co było powodem? Odpowiedź za odpowiedź, pytanie za pytanie, Anne.
- Czułam się zmęczona - oświadczyła.
- Choroba postępowała?
- Nie. Absolutnie. Po prostu znudziłam się.
- Nie umiesz kłamać. Nigdy nie potrafiłaś. Chcę prawdy, Anne.
- Przez ostatni rok trochę się zmieniłam, doktorze.
- To fakt. Już nie nosisz długich spódnic i bawełnianych swetrów. Zamiast tego przychodzisz do mnie w obcisłych spodniach i odsłaniającej górną część biustu bluzce. Czyżbyś miała pod spodem gorset?
- Tak. Gorset. Trafił pan, doktorze.
- Nie strzelałem. W dodatku pachniesz drogimi perfumami, których, o zgrozo, nie znam. Bukiet jest mocny. Trwały. Musiałaś zapłacić za nie bardzo dużo lub dostać w prezencie od kogoś bogatego, ale przecież bogaci nie wiążą się z kocmołuchami, jakim byłaś przed laty. Pracujesz, mimo, iż nie masz dyplomu, czy jesteś czyjąś utrzymanką?
- Zawsze był pan ze mną szczery, ale jeszcze nigdy nie nazwał mnie kocmołuchem...
- Teraz, kiedy jesteś piękniejsza, nie muszę cię pocieszać.
- Dziękuję. A więc tak. Pracuję. A te perfumy to moja własność. Pół roku temu założyłam firmę. Produkujemy zapachy dla kobiet... bogatych kobiet. Powodzi mi się, jak pan widzi.
- Nie wiem tego jeszcze. Zawsze chciałaś być lekarzem. A jednak już nim nie będziesz. Dlaczego?
- Straciłam wiarę.
- Wiarę w...? W Boga? W istnienie sprawiedliwości?
- W ludzkość, doktorze, w ludzkość.
- Więc pozwoliłaś, by szeroko rozumowana ludzkość zaprzepaściła twoją przyszłość?
- Tak. Ale wyszłam na prostą. Zarabiam tyle samo, ile niejeden psychiatra w szpitalu.
- To mnie tylko cieszy. I ja ci jestem potrzebny do biznesu? Jeśli cię to interesuje, zawsze brakowało mi perfum o zapachu kaszmiru z wanilią. Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie tę delikatną nutę, która unosi się tutaj w powietrzu? Zawsze wolałbym to, niż smród chemikaliów i mokrych kamieni.
- Nie przyszłam tu po to, aby pytać pana o ulubione zapachy.
Zmrużył powieki. Cofnął się o krok i usiadł na pryczy, nie spuszczając wzroku z Anne.
- Mów - ponaglił.
Kobieta spojrzała na swoje dłonie i odchrząknęła cicho. Gdy mówiła, zauważyła, że z jej ust unosi się para.
- Moim jedynym problemem odkąd pamiętam była moja starsza siostra. To dlatego trafiłam do pana, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Po zaginięciu Phoenix byłam sama i zaczęłam mieć kłopoty, więc rodzice wysłali mnie do psychiatry. Trafiłam na dobrego doktora. Pan nim był. Pamiętam dobrze, że tylko pan był w stanie mnie zrozumieć. Dwa lata... dwa długie lata spędziłam na cotygodniowych spotkaniach w pańskim gabinecie. Moi rodzice na początku wydali mnóstwo pieniędzy na nasze spotkania, ale woleli to, niż drugą córkę zamkniętą w pokoju. I w sobie samej. A kiedy terapia się zakończyła i nauczyłam się żyć bez Phoenix - mojej jedynej, ukochanej siostry, która zawsze była dla mnie wszystkim - poczułam, że jest pan dla mnie jak drugi ojciec. Nauczyciel, mentor, człowiek niebywale zdolny. A kim pan był? Psychiatrą. Lekarzem. Nadszedł czas, kiedy musiałam wybrać swoją drogę w życiu, więc postanowiłam pójść tą samą, którą przed laty podążył pan. I znowu przychodziłam do pana, co tydzień, jak kiedyś, przez dwa lata. Ale nie jako pacjent, pomylony, zagubiony człowiek, a uczeń. Miałam już cel w życiu. Chciałam być taka jak pan. A potem zadzwonili do mnie... to było zimą... powiedzieli, że został pan zatrzymany przez policję i nie będziemy się na razie mogli zobaczyć. Włączyłam więc telewizor, a tam, zamiast filmu, nadawali informację o psychopatycznym kanibalu, który usiłował zabić policjanta, gdy ten dowiedział się o jego zbrodniach. Ten psychopata nazywał się Hannibal Lecter i był lekarzem, a ja nie mogłam uwierzyć, gdy pokazali pańską twarz w telewizji. Później widziałam pełno zdjęć pana w tej masce, w kajdankach, i nie mogłam uwierzyć, że ten sam człowiek, którego wielbiłam, którego starałam się naśladować, został mordercą. Nie jestem tu jednak dla odnalezienia odpowiedzi na niektóre pytania, które z pewnością zadałabym, gdybym pana nie znała. Nie obchodzi mnie co się stało z Raspailem. On był też pańskim pacjentem, tyle razy mijałam go w korytarzu, słyszałam, jak panu opowiadał o swoich... problemach. Nie chcę wiedzieć, czemu pozbył się pan go, a mnie zostawił w spokoju. Nigdy nie wyrządził mi pan krzywdy, nigdy nie patrzył na mnie tak, jak ten Hannibal z gazet czy telewizji. A teraz minął rok, szybko, prawda? Interesuje pana, czemu zrezygnowałam ze studiów. Otóż niech pan sobie wyobrazi, że straciłam wiarę w pana. I w siebie samą. Pan był moją opoką, a bez pana stałam się nikim. Czy spodziewał się pan usłyszeć takie słowa? Na pewno nie. Zawsze był pan inteligentny, sprytny, doktorze, i pewnie rozszyfrowuje pan w tym momencie wszystkie moje myśli i uczucia, pewnie wie pan o rzeczach, których nie mówię tu teraz i nie mam zamiaru, bo chcę zatrzymać je dla siebie - niech pan pozna tę cienką granicę. Już nigdy nie będę zwierzać się panu tak, jak kiedyś. Niech pan pyta o studia, o rodzinę, ale moje myśli... nigdy. To będzie kara nie dla pana, lecz dla mnie, że kiedyś zaufałam takiemu człowiekowi, jak Hannibal Lecter. Chciałam być jak on, uczyłam się, i miałam przed sobą psychopatę, mordercę, kanibala, a nie potrafiłam tego dostrzec, więc jaki byłby ze mnie lekarz? I niech pan nie myśli, że pana oskarżam lub obrażam. Po prostu jest pan zabójcą. To prawda. Sam pan mówił, że przed prawdą nigdy nie da się uciec. Moją prawdą i kłamstwem zarazem jest moja starsza siostra. Phoenix Locklear. Jej nazwisko do śmierci będzie chodziło mi po głowie, ponieważ... pierwszego grudnia sześć lat temu wyszła z domu i już nigdy do niego nie wróciła. Czy zaginęła? Czy zmarła? Czy uciekła? Czy została porwana?
Kiedy skończyła mówić, jej usta były spierzchnięte. Zwilżyła je delikatnie, przesuwając po nich językiem. Czuła też, jak jej policzki czerwienią się z gorąca.
- Niech pan nic nie mówi, błagam pana - wyszeptała. - Zdaję sobie sprawę z tego, co pan sobie myśli. Że nie jestem godna prosić pana o poradę. Że nie powinnam nawet tu przychodzić. A jednak odważyłam się być... kiedyś nazwałby pan to niewychowaniem. Ale ja po prostu czuję tak wielki, ogromny żal, że... widzi pan, chwytam się gołymi rękami brzytwy.
- Brzytwa to mało odpowiedni przydomek dla człowieka takiego, jak ja - skwitował jej słowa, odwracając twarz w przeciwną stronę.
Anne zrozumiała, że to już koniec ich spotkania.
- Przyjdę niebawem do pana. Niech pan myśli co chce, ale... mam zamiar z pańską pomocą odnaleźć żywą lub martwą Phoenix. Bo tego nauczyłam się przez ostatni rok, kiedy nie było pana przy mnie: że to jedyne, co trzyma mnie przy życiu. Moim powołaniem nie była przyszłość psychiatry. Ani właścicielki firmy z perfumami. Odkąd się urodziłam, żyłam po to, by pewnego dnia odnaleźć Phoenix. A pan będzie mi musiał pomóc, bo dobrze wiem, że to Phoenix zawsze interesowała pana bardziej ode mnie. Zawsze wszyscy byli z nią, dla niej i przez nią. I to także dotyczy mnie.
Dźwignęła się z niewygodnego krzesła. Posłała mu ostatnie spojrzenie i odeszła w stronę drzwi, kiedy usłyszała, jak Hannibal Lecter podnosi się z pryczy i mówi spokojnym tonem:
- Nie odpowiedziałem jeszcze na twoje pierwsze pytanie, Annaline. Ty zawsze będziesz ofiarą.